Przybij piątkę - 5 błędów, które nie pozwalały mi cieszyć się w pełni macierzyństwem
Najczęściej zdarza się to podczas drzemek. Wpatruję się w te jasne miękkie włoski, delikatne rysy twarzy i nie wierzę, że jeszcze pół godziny temu z takim zniecierpliwieniem zbierałam kolejne okruchy z podłogi i marudziłam, że ciągle tylko sprzątam. A teraz patrzę na tę twarz i mam wrażenie, że byłabym w stanie posprzątać wszystkie okruchy tego świata. To nie magia (ani rozdwojenie jaźni (mam nadzieję)), to macierzyństwo.
Właśnie podczas drzemek zastanawiam się, dlaczego jestem takim kłębkiem nerwów, gdy dziecko nie śpi, a gdy śpi zamieniam się w oazę spokoju i zupełnie nie wiem, co ze sobą zrobić.
Czy po zostaniu mamą człowiek zamienia się w zombie bez zainteresowań, świata poza dzieckiem nie widzi i nie odróżnia dnia od nocy? Przez pierwsze dwa-trzy miesiące chyba tak (Ten etap przedłużył mi się jednak do dwóch lat i nagle zorientowałam się, że istnieją jeszcze inni ludzie, kiedyś miałam zainteresowania i czas kupić nową piżamę).
Wtedy jest trudno walczyć o różnorodność i wykrzesać z siebie chęć do próbowania nowości, ale BARDZO warto.
Mam wrażenie, że kilka przyczyn mojego przedłużonego etapu zombie udało mi się rozszyfrować, więc się dzielę.
1. Nuda, monotonia, never ending story?
Ja wiem, że dziecko powinno mieć stabilny i w miarę stały plan dnia, pory posiłków itd. Jednak nie wolno zapominać, że dziecko musi się też rozwijać, więc to, że pewne etapy mają swoją stałą porę nie oznacza, że wszystko musi wyglądać TAK SAMO codziennie (nudne do bólu posiłki, wciąż te same książeczki, ta sama trasa spaceru itd.) Tak, można się nudzić mając pełne ręce roboty przy dziecku.
Od jakiegoś czasu eksperymentuję w kuchni - piekę, smażę, gotuję, mieszam, wałkuję, a syn robi to ze mną i później naśladuje bawiąc się ciastoliną. Bezcenny widok!
Trasy spacerów zmieniłam zupełnie. Mam zerową orientację w terenie (zgubiłam się kiedyś na imprezie na orientację, serio (szukała mnie terenówka w lesie zimą - znalazła, uff!)), zatem zabieram telefon z nawigacją i już się nie boję. Dzięki zmianie tras odkryłam aktualne miejsce zamieszkania - zielono, jezioro, basen, łąki i lasy 5 minut od domu (a mieszkałam między biurowcami z widokiem na plac budowy jeszcze rok temu).
2. Do ludzi marsz!
Od pierwszej wizyty położna przy każdym spotkaniu powtarzała: idź do ludzi, wyjdź z domu, szukaj nowych znajomych, zapisz się na zajęcia (nawet takie z bobasem), tylko nie siedź w domu! PS portale społecznościowe się nie liczą. Doradziła mi nawet, żeby ich nie używać przez pierwsze kilka tygodni po narodzeniu dziecka. Dopiero po jakimś czasie dostrzegłam, że ta rada była bardzo cenna.
Nie ukrywam, że było mi trudno. Nie jestem specjalnie towarzyska i jakoś nie umiem zagadywać ludzi, gdy nie ma takiej potrzeby. Na szczęście są ludzie, którzy to potrafią. Mam teraz nowe matkowo-zumbowe znajome, które uwielbiam i bardzo się cieszę, że je poznałam. Ba, nawet sobie nie wyobrażam, że mogłabym ich nigdy nie poznać! Jaka to by była strata!
3. Dziecko już wyszło z brzuszka! (A Ty miałaś kiedyś pasje i zainteresowania!)
Polecam uświadomienie sobie, że bobas już wyszedł i ma się całkiem dobrze i chce, żebyśmy my też miały się całkiem dobrze, bo wtedy wszyscy są szczęśliwsi.
To trochę jak bunt dwulatka, który zaczyna czuć, że jest odrębną istotą. Ja też właśnie zaczęłam czuć, że syn już wyszedł z brzucha, a nawet potrafi mówić i biegać :D Odzyskałam chęć na spotkania towarzyskie, znów fascynują mnie inne kultury i już mi się tak nie nudzi.
Oprócz eksperymentów kulinarnych znów chłonę ciekawe książki i filmy, znajduję tematy do rozmów ze znajomymi, którzy nie mają dzieci (tak, tak, nie ściemniam!) Ponadto, dużo czytam o rozwoju dzieci i sposobach na umilenie im dzieciństwa i ułatwienie dalszego życia. Ta tematyka nie była mi zupełnie obca przed ciążą (pozdrawiam nauczycieli z zamiłowania!), ale teraz chłonę tę wiedzę bardziej świadomie.
4. Piżama party all day long
Nie, nie i jeszcze raz nie. Stanowcze i głośne nie dla rozciągniętych spodni, dresów i T-shirtów z dziurami i plamami. Czy ja w ogóle muszę coś jeszcze więcej pisać w tym akapicie, czy już wnioski zostały wysnute, a akcja zostanie podjęta? Dziękuję w Twoim imieniu ;) PS pamiętasz, co to makijaż, czy pisać osobny post? ;) (żarcik, naturalne też możemy być piękne!)
5. Heli, heli, heli, helikopter
Razu pewnego usłyszałam niemiecki przebój o helikopterze i już nigdy nie wymówię tego słowa normalnie. Utworu nie polecam, a wręcz odradzam - żeby nie było, że nie ostrzegałam!
Ale nie o środkach transportu miało teraz być, tylko o typie matki. Matka-helikopter, moje drugie ja, alter-ego. Matka-wariatka zawsze wisi 5 centymetrów nad dzieckiem, z mokrą chusteczką w pogotowiu, syropem na łyżeczce, grzechotką w trzeciej ręce i butelką z wodą w czwartej. Dość, stop, koniec, finito!
Przypominam - matka to nie służąca, opieka medyczna, stalker i kapsuła ochronna w jednym. Matka to matka. Najfajniej, kiedy jest uśmiechnięta i zadowolona z życia. Widzieliście kiedyś uśmiechnięty helikopter? Ja też nie.
Ręka do góry, kto rozpoznaje powyższe historie? Czy spodziewałam się takiego obrotu spraw? A gdzieżby tam. Dlatego tak ważne jest, żeby czasem siąść i pomyśleć. Nie o tym, jakie to życie jest ciężkie, ale jak zrobić, żeby nabrało lepszych barw.


Komentarze
Prześlij komentarz